"Niektóre rzeczy po prostu dzieją się i już.
Jak nic nie da się zrobić, to po co się denerwować?
Lepiej przeczekać..."
[Kevin Brooks]
Wracam wreszcie do domu. Po długiej i wyczerpującej walce, która od samego początku była skazana na klęskę.
Nadchodzi ten wytęskniony moment. Nie myślę już o przegranej. Pragnę tylko tego, aby w końcu położyć się we własnym łóżku i odpocząć.
Szybki prysznic, pospieszna prawie ciepła zupa. W międzyczasie owijam bandażami poranione ręce. Wytchnienie jest coraz bliżej i nareszcie... Ściągam poszarpane ubrania. Gaszę światło. Kładę się. Już prawie czuję te kropelki spokoju, które za chwilę spłyną na moje ciało. By zachłysnąć się ciszą, ukojeniem. Łapię za koc, aby się okryć i nagle...
Dzwonek do drzwi. Nie otwieram, udam że nie ma mnie w domu. Pukanie nie ustaje... Trudno, muszę wstać.
Nieproszony gość. Straszny potwór. Nie przedstawia się, ale to nieważne, bo już od pierwszego wejrzenia, nadaję mu imię będące wytworem moich uprzedzeń. Będziesz się nazywać "w zawieszeniu".
Przynosi ze sobą dobre wino. Siadamy za stołem, rozmawiamy i nagle okazuje się, że ów potwór w gruncie rzeczy nie jest taki zły i straszny jak na początku. Tłumaczy mi, że moje myślenie jest przesiąknięte pesymistycznym subiektywizmem.
- Nazywasz mnie "w zawieszeniu". Gniewasz się, obracasz na pięcie i mówisz, że jestem dla ciebie ciężarem. Krzyczysz, że uczę cię zobojętnienia, bezmyślności. Że rozbieram cię z człowieczeństwa. Czemu nie widzisz we mnie nic dobrego? Popatrz dalej i przemień ZAWIESZENIE w "odpoczynek", "dojrzewanie", "przejście ze starego życia w nowe - lepsze".
Muszę się już zbierać. Znam drogę, nie odprowadzaj mnie do drzwi. Do widzenia!
Wyszedł. Tego wina było zbyt wiele. Urwał mi się film i zapomniałam, że kazał mi zmienić jego imię. Pozostałam "w zawieszeniu".